(Nad)wrażliwa skóra – bezpieczne i wartościowe zabiegi na lato

Teoretycznie lato powinno poprawiać stan wrażliwej cery, w praktyce to właśnie w wakacje często pojawiają się rumień, świąd i nadreaktywność. Czego są skutkiem i jak sobie z nimi radzić?

LNE: Dlaczego latem obserwujemy duży wzrost liczby osób zgłaszających nadreaktywność skóry, mimo że teoretycznie jest to okres sprzyjający regeneracji?

Marta Wawrzyczek: Lato sprzyja skórze tylko w teorii. Proszę pomyśleć, jak wygląda przeciętny letni dzień. Wychodzi pani z domu w trzydziestostopniowy upał, wsiada do rozgrzanego auta, potem galeria handlowa, gdzie z klimatyzacji wieje jak z lodówki, znowu na słońce, znowu do chłodu. I tak kilkanaście razy dziennie.

Skóra ma swój ochronny płaszcz – warstwę rogową, która zatrzymuje wodę w środku, a wszystko, co złe, na zewnątrz. I ona nie znosi skakania z gorąca w chłód. To trochę jak ze szklanką wyjętą z zamrażalnika i wstawioną pod gorącą wodę – w końcu pęka. Tyle że skóra nie pęka z hukiem. Robi to po cichu, dzień po dniu. W gabinecie mierzymy parametr TEWL. Im wyższy wynik, tym bardziej dziurawa warstwa ochronna.

Do tego dochodzi słońce, które samo w sobie osłabia tę ochronę. Promienie UVA wnikają głęboko i wyzwalają stres oksydacyjny, lawinę wolnych rodników, które utleniają lipidy bariery i rozszczelniają połączenia między komórkami. UVB uruchamia stan zapalny, uwalniając mediatory, takie jak interleukina-1 czy prostaglandyny. I na to nakładamy SPF. Warto wiedzieć, że część filtrów chemicznych (np. benzofenon-3 czy oktokrylen) wywołuje uczucie szczypania, pieczenia, bo pobudza w skórze receptory bólu. I tu zaczyna się błędne koło: skóra piecze po kremie ochronnym, więc kobieta przestaje go nakładać, słońce daje jej jeszcze bardziej w kość, a reaktywność narasta. A na to wszystko jeszcze np. złuszczanie kwasami, bo „lato, skóra gruba, wytrzyma”. Nie wytrzyma, i to akurat mówię z pełnym przekonaniem.

Skóra wrażliwa jest odrębną jednostką kliniczną czy objawem zaburzeń funkcjonowania bariery, mikrobiomu i układu neuroimmunologicznego?

To pytanie zadaję sobie przy każdej klientce. Skóra wrażliwa to zwykle nie typ, tylko stan. Coś, co się skórze przydarzyło i co da się cofnąć. To dla mnie najważniejsza wiadomość, jaką mogę przekazać kobiecie, która siedzi naprzeciwko mnie zrezygnowana, bo „już wszystkiego próbowała”. Skoro tę wrażliwość czymś wywołałyśmy, to znaczy, że możemy ją też wyciszyć.

Co się dzieje pod spodem? Najczęściej kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, osłabia się ten ochronny płaszcz. Brakuje mu ceramidów, czasem dochodzi do tego niedobór filagryny czyli białka, z którego skóra produkuje NMF, a przy okazji swój wewnętrzny minifiltr przeciwsłoneczny. W takim wypadku skóra naraz traci wodę, gubi naturalne kwaśne pH i słabiej radzi sobie ze słońcem. Jeden niedobór, trzy skutki.

Po drugie, rozregulowuje się mikrobiom, niewidzialny ekosystem bakterii żyjących na skórze. W zdrowej skórze rządzi przyjazny gronkowiec skórny, Staphylococcus epidermidis, który trzyma w ryzach tego złego – Staphylococcus aureus. Gdy ta równowaga się załamie, gronkowiec złocisty się rozplenia i wydziela substancje, które dodatkowo rozszczelniają barierę i drażnią zakończenia nerwowe. Skóra ma gęstą sieć zakończeń nerwowych i potrafi reagować jak przeczulony nerw, uwalniając substancję P i inne neuroprzekaźniki, które podtrzymują stan zapalny. I dlatego nie wystarczy posmarować się czymś kojącym. Trzeba zrozumieć, co się popsuło.

Jak wysoka temperatura, promieniowanie UV, klimatyzacja i częste zmiany środowiska wpływają na integralność bariery naskórkowej oraz funkcjonowanie mikrobiomu skóry?

Każde z nich działa inaczej, ale efekt jest ten sam. Skóra przestaje się bronić. Upał to przede wszystkim utrata wody – w upalne dni skóra oddaje jej nawet o jedną czwartą więcej. A do tego pot, który potrafi rozregulować pH skóry. W zdrowej skórze pH wynosi około 4,5 do 5,5, a pod wpływem potu i ciepła przesuwa się w stronę 6 czy 7. Wtedy „złe” bakterie dostają idealne warunki, a skóra traci swoje naturalne „antybiotyki”, czyli peptydy przeciwdrobnoustrojowe.

Klimatyzacja to druga skrajność. Powietrze tak suche, że dosłownie wysysa wodę ze skóry. I tu jest pułapka, o której zawsze mówię klientkom. Pani siedzi cały dzień w chłodnym biurze i nic nie czuje. Dopiero wieczorem, gdy nakłada krem, coś ją szczypie. I myśli, że to przez krem. A on nie ma z tym nic wspólnego. To skóra przez cały dzień po cichu się niszczyła, a krem tylko pokazał, że bariera już jest naruszona.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą robimy z najlepszymi intencjami, a która szkodzi: mycie. Po plaży, po upale szorujemy twarz, używamy mocnych żeli, czasem dwa razy dziennie. A zmywając z siebie tłusty, ochronny film, zmywamy też dobre bakterie.

Coraz więcej mówi się o neurozapaleniu skóry. Jaką rolę odgrywają tu receptory nerwowe, takie jak TRPV1? Czy lato może nasilać ich aktywność?

Brzmi groźnie, a chodzi o reakcję, którą każdy zna. Proszę sobie wyobrazić ostrą papryczkę i palenie na języku. Odpowiada za nie maleńki czujnik w naszych nerwach – receptor TRPV1. Dokładnie taki sam czujnik mamy w skórze. On reaguje nie tylko na kapsaicynę z papryki, ale na ciepło powyżej około 43 stopni, na kwaśne środowisko, na wolne rodniki po słońcu i, co kluczowe, na niektóre składniki kosmetyków: filtry chemiczne, mocny retinol, część konserwantów.

Latem ten czujnik jest po prostu rozregulowany. Fachowo mówimy o jego sensytyzacji, czyli obniżeniu progu pobudliwości. Bombardujemy go ze wszystkich stron i on staje się przewrażliwiony, zaczyna włączać alarm przy byle czym. To jak czujnik dymu ustawiony na taką czułość, że piszczy od pary z czajnika. Pobudzony TRPV1 uwalnia neuroprzekaźniki, które same w sobie nakręcają zaczerwienienie i pieczenie i koło się zamyka. I to wyjaśnia coś, co słyszę bez przerwy: „Pani Marto, pali mnie mój własny krem, ten łagodny, bez zapachu, którego używam od roku” To nie alergia. To właśnie rozdrażniony nerw. Dlatego nie ma sensu szukać winnego w kremie, trzeba uspokoić sam czujnik.

Jak w praktyce możemy to zrobić?

W gabinecie sięgam po kosmetyki zaprojektowane z myślą o takiej skórze. Pracuję głównie na marce, której ufam między innymi dlatego, że testowała formuły na skórze pacjentów onkologicznych, a to dla mnie najwyższa poprzeczka tolerancji. Szukam w nich składników, które realnie wyciszają ten czujnik: peptydów łagodzących, ektoiny, kwasu glicyryzynowego z lukrecji o działaniu przeciwzapalnym. Sięgam też po palmitoiloetanoloamid (PEA). To cząsteczka naturalnie obecna w naszym organizmie, która działa jak hamulec dla rozdrażnionego nerwu. Skóra przestaje „piszczeć”, bo wyłączamy fałszywy alarm u źródła.

Jakie błędy pielęgnacyjne najczęściej prowadzą do uszkodzenia bariery ochronnej skóry?

Numer jeden: kwasy w pełnym słońcu. Wiem, skąd to się bierze. Kwasy działają, skóra jest po nich ładna, więc latem też warto, prawda? Otóż nie. Kwasy AHA, jak glikolowy czy migdałowy, rozluźniają połączenia między komórkami w wierzchniej warstwie skóry, rozpuszczają spoiny, które fachowo nazywamy desmosomami. Pod kontrolą jest to korzystne, ale latem ta warstwa jest już osłabiona słońcem. To jak zdejmować ochronę z czegoś, co właśnie dostaje najwięcej ciosów. Te dwa obciążenia się nie dodają, one się mnożą. A do tego wiele kwasów zwiększa wrażliwość na światło, więc dokładamy ryzyko przebarwień.

Numer dwa: mocny retinol. Świetny składnik, ale nie na lato, bo uwrażliwia skórę na słońce i przyspieszając wymianę komórek, potrafi zostawić ją cienką i bezbronną. Jeśli skóra naprawdę go potrzebuje, w wakacje zamieniam go na bakuchiol, który działa podobnie, ale nie drażni i nie uczula na światło. Dobrą alternatywą bywa też granaktyna, czyli łagodna pochodna retinolu nowej generacji.

Numer trzy zaskakuje większość pacjentek: witamina C. Ta najprostsza, w postaci czystego kwasu L-askorbinowego. Pod wpływem słońca i powietrza utlenia się i z przeciwutleniacza zamienia w coś, co skórze wręcz szkodzi, bo zaczyna sama produkować wolne rodniki. Poznać to można po tym, że serum żółknie albo brązowieje. Dlatego latem polecam wyłącznie jej stabilne, łagodne formy jak 3-O-etylo-askorbinian czy askorbylowe pochodne, które słońca się nie boją. Do wyrównania kolorytu i wyciszenia zaczerwienień sięgam po azeloglicynę, czyli połączenie kwasu azelainowego z glicyną, znacznie lepiej tolerowane niż sam kwas azelainowy.

I czwarty błąd, najbardziej niedoceniany: to, jak zmywamy filtr. Dobry filtr trudno zmyć samą wodą, więc kobiety szorują, używają mocnego żelu i przy okazji zdzierają ze skóry wszystko, łącznie z tym, co ją chroni. A wystarczy zmiana nawyku: najpierw coś tłustego, co rozpuści filtr (mleczko albo olejek), a dopiero potem delikatne mycie. Dwa łagodne kroki zamiast jednego agresywnego.

Minimalizm pielęgnacyjny to mocny trend. Jak odróżnić świadome ograniczenie pielęgnacji od zbyt ubogiego programu, który nie zapewnia skórze wsparcia?

Bardzo lubię ten trend, bo wziął się z realnego problemu – przebodźcowania skóry. Dziesięć serum, pięć kremów, każdy rewolucyjny. Skóra tego nie udźwignie. Ale jak to z modą bywa, łatwo przeskoczyć z jednej skrajności w drugą i nagle nie dawać skórze nic. Dlatego mam swoją prostą zasadę, którą tłumaczę każdej klientce: pielęgnacja, choćby najprostsza, musi dać skórze trzy rzeczy: ochronę przed słońcem, nawilżenie z odbudową bariery i wsparcie dla dobrych bakterii. W praktyce oznacza to konkretne składniki: filtr na dzień, ceramidy i pantenol do odbudowy, niacynamid, który jednocześnie wzmacnia barierę i uspokaja zaczerwienienie, oraz postbiotyki karmiące mikrobiom. Jeśli dwa, trzy kosmetyki to pokrywają, to jest świetna, kompletna pielęgnacja. A jeśli ktoś ma dwanaście słoiczków, ale żaden nie spełnia tych warunków, pielęgnacja jest dziurawa. Liczy się nie ile, tylko co skóra naprawdę dostaje.

Jak więc powinien wyglądać nowoczesny wakacyjny protokół SOS dla skóry wrażliwej?

Pielęgnacyjna apteczka to nie krem kupiony w panice na lotnisku, kiedy już skóra płonie. To trzy–cztery przemyślane rzeczy spakowane jeszcze w domu. Mam swoją żelazną trójkę, bez której nie wypuszczam pacjentki na wakacje.

Pierwsze, krem, który odbudowuje barierę, z ceramidami, najlepiej w towarzystwie cholesterolu i kwasów tłuszczowych, bo dopiero to trio naprawdę działa. To fundament, bo bez naprawionej warstwy rogowej wszystko inne jest tylko maskowaniem.

Drugie, coś kojącego, co wyciszy rozdrażniony nerw i ugasi zaczerwienienie: serum albo koncentrat z łagodzącymi peptydami, ektoiną, lukrecją czy pantenolem.

I trzecie, świętość: filtr mineralny SPF 50. Na liście opcjonalnej są jeszcze kosmetyki z azeloglicyną, jeśli skóra ma skłonność do zaczerwienień i drobnych niedoskonałości. Niacynamid w stężeniu około 4 procent, który wzmacnia i wycisza. Postbiotyki odżywiające dobre bakterie, zwłaszcza po basenie z chlorem, czasem PEA na wyciszenie nerwów. To wszystko dobieram już indywidualnie, do konkretnej skóry, bo nie ma jednego zestawu dla wszystkich.

Które procedury gabinetowe można bezpiecznie wykonywać u pacjentów ze skórą reaktywną w okresie letnim?

Latem zmienia się filozofia gabinetu. Odkładam na bok wszystko, co fototoksyczne albo mocno złuszczające: głębokie peelingi chemiczne, agresywne lasery, ostre kwasy. Sięgam po zabiegi, które działają jak fizjoterapia dla bariery.

Bezpieczne i naprawdę wartościowe latem są zabiegi nawadniająco-barierowe i kojące. Takie, które nie naruszają ciągłości naskórka. Spokojnie, warstwowo, bez mechanicznej traumy. Do tego stosuję antyoksydanty domykające ochronę przed stresem oksydacyjnym. Co więcej, takie zabiegi nie tylko nie szkodzą, ale realnie poprawiają tolerancję skóry na środowisko. Mechanizm jest tu logiczny. Jeśli systematycznie odbudowujemy barierę lipidową i uzupełniamy ceramidy, skóra staje się szczelniejsza: mniej przepuszcza czynniki drażniące, wolniej traci wodę, a neuropeptydy z czasem podnoszą próg reaktywności. Innymi słowy, wzmocniona bariera ma wyższy próg zapłonu.

I jeszcze coś – terapia LED, czyli światło czerwone o długości fali około 630 nanometrów i podczerwone w okolicach 830. To dla mnie cudo przy podrażnionej skórze, bo nie nakłuwa, nie złuszcza, a dosłownie uspokaja. Światło czerwone hamuje stan zapalny na poziomie komórkowym, pobudza fibroblasty do produkcji kolagenu i wspiera odbudowę bariery. To jeden z niewielu zabiegów, który mogę wykonać, gdy skóra jest naprawdę rozdrażniona.

Proszę podzielić się jakimś ciekawym przypadkiem z praktyki…

Któregoś razu przyszła do mnie kobieta po czterdziestym roku życia. To był lipiec, klientka dwa tygodnie wcześniej wróciła znad morza. Twarz piekła ją bez przerwy, miała zaczerwienione policzki i czoło, a do tego dochodziło uczucie szorstkości i ściągnięcia tak silne, że bała się nałożyć czegokolwiek na skórę. Co istotne, wcześniej uważała, że ma cerę normalną, lekko mieszaną.

Diagnostykę, jak zwykle, zaczęłam od dokładnego wywiadu. I wyszło wszystko. Na wakacjach uprościła pielęgnację, odstawiła swój krem, bo był „za tłusty w taki upał”. Myła twarz dwa razy dziennie mocnym żelem. Filtr nakładała codziennie, ale wieczorem zmywała go tylko płynem micelarnym, czyli tak naprawdę nie zmywała. Do tego wszystkiego przez cały urlop nakładała serum z wysokim stężeniem witaminy C, które kupiła tuż przed wyjazdem. W ocenie skóry miałam komplet markerów uszkodzonej bariery: wzmożony TEWL, rumień, reaktywność na sam dotyk. Podręcznikowe przerwanie ciągłości bariery, nałożone na rozregulowany mikrobiom i rozpaloną oś neurozapalną.

Plan terapii oparłam na zasadzie odejmowania. Krok pierwszy obejmował całkowite odstawienie witaminy C, mocnego żelu i wszystkiego, co jest aktywne. W zamian zaproponowałam proste, fizjologiczne mycie kremem oczyszczająco-nawilżającym, a rano i wieczorem stosowanie kremu odżywczo-kojącego z kompleksem wieloceramidowym, neuropeptydami i ektoiną. Zwróciłam uwagę na to, aby w ciągu dnia pamiętać o fotoprotekcji z dodatkiem składników kojących i filtrami szerokiego spektrum UVB-UVA-IR-blue light. Na epizody pieczenia dołożyłam serum kojące przeciw zaczerwienieniom z kwasem glicyrretynowym. I nic więcej.

W gabinecie zrobiłam serię zabiegów kojąco-barierowych w odstępach tygodniowych. Pierwszą poprawę, czyli ustąpienie pieczenia, zobaczyłyśmy po około dziesięciu dniach. Po trzech tygodniach rumień wyraźnie się uspokoił, skóra zaś przestała reagować na dotyk. Pełną tolerancję odbudowałyśmy po mniej więcej dwóch miesiącach i dopiero wtedy, małymi krokami, zaczęłyśmy wracać do aktywnych składników: pojedynczo, w niskich stężeniach, z obserwacją. Udało się wyprowadzić skórę do zdrowego stanu. Klientka zaś otrzymała ważną lekcję: więcej nie oznacza lepiej.

W jakich kierunkach będzie rozwijać się prowadzenie terapii kosmetologicznych i dermatologicznych skóry wrażliwej?

Z całych sił trzymam kciuki za kierunek mikrobiomowy. Coraz lepiej rozumiemy, że skóra to nie powierzchnia do wyszorowania tylko żywy ekosystem. W kosmetologii poszerza się wciąż wiedza o prebiotykach, probiotykach i postbiotykach. Składnikach, które zamiast wyjaławiać skórę, celowo dokarmiają dobre szczepy i odbudowują równowagę flory. To odwrócenie myślenia o 180 stopni: nie walczymy z bakteriami, tylko z nimi współpracujemy.

Drugi wielki obszar to neurokosmetyka, czyli to, o czym mówiłyśmy przy TRPV1. Badania nad osią skóra-nerwy-odporność prowadzą do składników celujących wprost w neurozapalenie: uspokajających zakończenia nerwowe, podnoszących próg reaktywności.

Trzeci kierunek to personalizacja oparta na diagnostyce, czyli terapie dobierane pod indywidualny profil bariery, mikrobiomu i wrażliwości danej skóry.

To wszystko łączy zmiana filozofii, która jest mi szczególnie bliska. Odchodzimy od leczenia objawu w stronę wspierania własnych mechanizmów obronnych skóry. Stosujemy mniej metod agresywnych, a bardziej współpracujemy z biologią. To jest dla mnie nie tylko nauka, to sposób, w jaki od lat myślę o pracy ze skórą. Ona rzadko potrzebuje, żeby ją do czegoś zmuszać. Lepiej pomóc jej wrócić do równowagi, którą sama potrafi utrzymać.

Rozmawiała Agnieszka Gomolińska

Marta Wawrzyczek

Kosmetolożka z ponad 23-letnim doświadczeniem, pielęgniarka, psychodietetyczka. Właścicielka salonu Dotyk Urody Centrum Kosmetyki Estetycznej  w Jaworzu. Certyfikowana linergistka, dyplomowana trenerka PMU, prezeska fundacji dla kobiet Dotyk Łabędzia, członkini Rady Pracodawców WSBINOZ w Łodzi.

WRÓĆ DO LISTY ARTYKUŁÓW